niedziela, listopada 08, 2026

 KRAKÓW MILCZY. I W TYM MILCZENIU JEST WSZYSTKO.


Wczoraj Kraków był jeszcze sobą. Tętniącym, głośnym, pełnym ludzi miastem. Ktoś spieszył się na spotkanie, ktoś kupował kwiaty, ktoś jadł obiad przy Rynku, ktoś robił zdjęcie dzieciom przy gołębiach, ktoś po prostu przechodził obok, nie wiedząc, że to zwykłe popołudnie za chwilę stanie się datą, którą będzie się pamiętać latami.

Około godziny 15:00 na Rynek Główny wjechał samochód, z którego napastnik zaczął strzelać do przypadkowych ludzi. Strzały padły w miejscu, które od setek lat było symbolem otwartości, spotkań i bezpieczeństwa. W miejscu, gdzie Kraków witał turystów, zakochanych, rodziny z dziećmi, studentów i starszych mieszkańców na porannej kawie.

W tej tragedii zginęło sześć osób, a 16 zostało rannych. Wszyscy ranni, jak podają służby, żyją. Wśród rannych są też policjanci, którzy ruszyli na pomoc innym. Ale to słowo „żyją” nie wymazuje tego, co się stało. Nie wymazuje strachu, bólu, traumy i pustki, która została po tych, którzy już nie wrócą do domu.

Dziś Kraków budzi się inny. Cichszy. Wolniejszy. Bardziej skupiony. Rynek częściowo otwarty, ale to nie jest ten sam Rynek. Ludzie przystają, zapalają znicze, kładą kwiaty, patrzą w ciszy. Nie trzeba wielkich słów, bo wielkie słowa w takich chwilach często brzmią pusto. Wystarczy obecność.

I właśnie ta cisza jest dziś najgłośniejsza. W geście żałoby przez 12 godzin nie rozbrzmiewał hejnał mariacki. Pierwszy raz od 1939 roku. Hejnał, który od wieków przerywano w połowie, na pamiątkę trębacza, dziś przerwała żałoba. Kraków zamilkł, żeby oddać hołd tym, których już nie ma.

W niedzielę i poniedziałek w całej Polsce obowiązuje żałoba narodowa, a prezydent Krakowa wprowadził żałobę w mieście do 11 listopada. To nie są tylko formalne decyzje. To znak, że ten ból nie jest tylko krakowski. Jest nasz wspólny.

Myślę dziś o Rodzinach, które wczoraj dostały najgorszą wiadomość w życiu. O tych, którzy czekali na telefon, który nie przyszedł. O tych, którzy dziś siedzą przy pustym miejscu przy stole. O tych, którzy byli tam na miejscu i już nigdy nie będą patrzeć na Rynek tak samo. O ratownikach, policjantach, lekarzach i zwykłych przechodniach, którzy w chaosie pomagali nieznajomym, choć sami się bali.

Nie ma słów, które to wszystko poukładają. Nie ma zdania, które przywróci to, co stracone. Jest tylko to, co możemy zrobić my, którzy zostaliśmy: nie odwracać wzroku, nie przechodzić obojętnie, nie pozwolić, żeby ta tragedia stała się tylko kolejnym nagłówkiem, który jutro zastąpi inny.

Zatrzymajmy się dziś na chwilę. Naprawdę się zatrzymajmy. Przytulmy tych, których kochamy, mocniej niż zwykle. Zadzwońmy do mamy, do przyjaciela, do kogoś, z kim dawno nie rozmawialiśmy. Powiedzmy to, co odkładaliśmy na później. Bo wczoraj Kraków brutalnie przypomniał nam, jak bardzo kruche jest to „później”.

Kraków płacze, ale Kraków nie jest sam. Cała Polska dziś stoi obok niego. W milczeniu. W modlitwie. W myśli. W pamięci.

Światło dla Ofiar. Siła dla Ich Bliskich. Pokój dla Krakowa.


inspiracja  i grafika agnieszka.kaniuk.50

 Przedstawiam Wam żakiet firmy Kamiz. To prezent — i to taki, który od razu sprawił, że uśmiechnęłam się od ucha do ucha.


Kiedy go zobaczyłam, pierwsze co pomyślałam to: „jaki on jest inny!”. Nie jest to zwykły, gładki żakiet. Na czarnym tle plączą się kolorowe nitki — zieleń, turkus, błękit i odrobina żółci. Wygląda jak mały obrazek, jak coś, co zostało zrobione z fantazją i sercem.

A krój? Klasyczny i bardzo kobiecy. Kołnierz, guziki, dopasowanie, które ładnie układa się na sylwetce. To taki żakiet, który nie potrzebuje wiele — sam robi całą stylizację. Rozmiar 40 leży na mnie idealnie.

Pod spód założyłam prosty czarny top. Celowo — żeby to właśnie żakiet grał główną rolę, a reszta była tylko spokojnym tłem. A na szyję — mój ulubiony akcent z przymrużeniem oka — naszyjnik w stylu Serca Oceanu, który nosiła Rose w „ Titanicu”. Niebieskie serduszko pięknie łączy się z błękitem i turkusem ze wzoru żakietu.

Czuję się w nim bardzo „po swojemu” — kolorowo, kobieco i z nutką teatru. Bo moda to dla mnie nie tylko ubranie. To nastrój, to zabawa, to sposób na powiedzenie światu, kim dziś jestem.

Dziękuję za ten piękny prezent. Będzie noszony z radością i często — już to czuję!

A Wy jak myślicie? Wolicie takie wyraziste, wzorzyste żakiety, czy raczej klasyczne, gładkie? Koniecznie dajcie znać w komentarzach — jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.



Kolejna bluzka, którą dostałam w prezencie 

Biała, klasyczna, zapinana na guziczki — pasuje właściwie do wszystkiego. I znowu cieszę się jak dziecko, bo ubrania, które można nosić, to naprawdę świetne prezenty!

A teraz mały sekret tego zdjęcia 

Naszyjnik z zawieszką — ten sam, który miałam do płaszczyka — dodała mi sztuczna inteligencja. Pierścionek i bransoletkę również. A kwiatka za mną AI odsłoniła spod firanki, żeby było go widać w całości. Na oryginalnym zdjęciu firanka prawie całkiem go zasłaniała!

Jak Wam się podoba to połączenie: bluzka, naszyjnik i kwiatki w tle? Dajcie znać! 



Na tapetę trafia płaszczyk, który również dostałam w prezencie   I znów — to był strzał w dziesiątkę!
Klasyczny, ciemny, dwurzędowy, z dużym kołnierzem. Taki, który pasuje niemal do wszystkiego — na co dzień i na większe wyjście. Elegancki, ale bez zadęcia. Po prostu w moim stylu.
 
Połączyłam go z delikatną biżuterią inspirowaną Titanikiem: perłowym naszyjnikiem w stylu Rose z kolacji u Cala, do tego pierścionek i bransoletka. Lubię, kiedy nawet prosty płaszczyk ma w sobie odrobinę blasku i ciekawą historię

A Wam jak się podoba? Wolicie klasyczne, ciemne płaszczyki czy kolorowe, wzorzyste modele, takie jak mój poprzedni żakiet? Dajcie znać! 💬


Wyostrzenie i Biżuteria: Inspiracje/ Sztuczna inteligencja



sobota, listopada 07, 2026

 Kiedy byłam mała, nie miałam studia. Nie miałam mikrofonu. Nie miałam publiczności. 


Dezodorant był moim mikrofonem, kiedy chciałam zapowiadać piosenki. Mop był mikrofonem, kiedy chciałam prowadzić wielką audycję i czuć się jak prawdziwa gwiazda. Garnki były bębnami. Kredki były instrumentami. 

Cały dom był moim radiem. I ja byłam wszystkim naraz. Prezenterką, piosenkarką, orkiestrą i publicznością w jednym. Nikt mi wtedy nie mówił, że się nie nadaję. Nikt mnie nie ignorował. Nikt nie patrzył na mnie jak na intruza. Ja po prostu mówiłam. I to mi wystarczało.

Minęły lata. I okazało się, że ta zabawa wcale nie była zabawą.

Zostałam prezenterką radiową. Od 12 lat prowadzę audycje i przeprowadzam wywiady na żywo. Piszę artykuły do gazet. Pracuję głosem, słowem, rozmową. Ludzie czasem pytają mnie, skąd ja to mam. Skąd ta swoboda na antenie? Skąd ta pewność, kiedy gość się zacina, kiedy coś pójdzie nie tak? A ja myślę sobie wtedy o tej małej dziewczynce z mopem w ręku. Ona już to umiała. Ona się nie bała. Ona po prostu kochała mówić do ludzi.

Ja nie lubię radia, w którym się krzyczy. Lubię radio w nienagannym stylu. Takie, w którym jest klasa, spokój i szacunek. Takie, w którym rozmawia się z człowiekiem, a nie przepytuje go. Takie, w którym słuchacz czuje się zaproszony, a nie zaatakowany. Takie radio chcę robić. I takie radio robię, kiedy tylko dostanę mikrofon.

Bo dla mnie radio to nie jest tylko praca. To jest powrót do domu. Do tej kuchni, gdzie garnki były bębnami, a dezodorant był mikrofonem.

Jeśli Ty też kiedyś śpiewałeś do dezodorantu, grałeś na garnkach albo prowadziłeś wywiady z lalkami, to wiedz jedno: To nie była głupia zabawa. To było Twoje powołanie, tylko w małej wersji. Nie wstydź się tego. Wróć do tego. I zrób z tego swoją pracę, swoją pasję, swoje życie. Ja wróciłam. I dalej trzymam mikrofon.

Dlatego niewiem czemu ktoś komuś narzuca, że AI mu coś robi. Nie znając prawdy o człowieku .



 Rodzeństwo Titanica. Trzy statki, trzy losy,


Jak myślimy o Titanicu, to myślimy o jednym statku. O tym najpiękniejszym, najsłynniejszym, tym, który zatonął. Ale Titanic nie był sam. Miał brata i siostrę. I to jest historia, która mnie poruszyła chyba jeszcze bardziej niż sam film.

Bo to było rodzeństwo. Trzy wielkie, piękne statki, zbudowane przez tę samą firmę, White Star Line. Miały być dumne, luksusowe, niezatapialne. Miały pływać przez Atlantyk i wozić ludzi do lepszego życia.

A skończyło się tak, że tylko jeden z nich przeżył.

Olympic — starszy brat, ten szczęśliwy

Olympic wypłynął jako pierwszy, w 1911 roku. I pływał aż 24 lata! Zderzył się z okrętem wojennym i przeżył. W czasie wojny staranował niemiecką łódź podwodną i ją zatopił. Woził żołnierzy, wracał do normalnych rejsów, dopływał zawsze na czas. Ludzie nazywali go „Starym Niezawodnym”. Bo on się nie poddawał.

Jak Titanic wysłał SOS, Olympic od razu zawrócił i płynął na pomoc z całych sił. Ale był za daleko — 800 km. Nie zdążył. Dopłynął, jak już było po wszystkim.

Titanic — środkowy brat, ten najsłynniejszy

O nim wiemy wszyscy. Wypłynął w 1912 roku. Miał być najpiękniejszy, najszybszy, najlepszy. I zatonął w pierwszy rejs. Po uderzeniu w górę lodową, przez pośpiech, przez za mało łodzi, przez przegrody, które nie sięgały do sufitu. 1500 ludzi nigdy nie dopłynęło.

Britannic
— młodsza siostra, ta najpiękniejsza

Britannic miała być jeszcze lepsza. Już po lekcji z Titanica — więcej łodzi, lepsze przegrody, wszystko poprawione. Ale nigdy nie popłynęła jako statek pasażerski. Wybuchła wojna i zrobili z niej statek-szpital. Biały, z wielkimi czerwonymi krzyżami, woziła rannych. W 1916 roku wpłynęła na minę koło Grecji i zatonęła w 55 minut. Szybciej niż Titanic.

Ale tym razem prawie wszyscy się uratowali. Bo ktoś wyciągnął wnioski z błędów brata.

A Wy wiedzieliście, że Titanic miał brata i siostrę?





                                  Historia napisana z pomocą Meta AI/ Grafika AI

 Moje Serce Oceanu. Marzenie, które czekało latami

Pamiętam, jak pierwszy raz obejrzałam „Titanica” i zobaczyłam ten medalik. To nie był zwykły naszyjnik. To było wielkie, granatowe serce, które błyszczało na szyi Rose. Serce Oceanu. I w tamtej chwili, jeszcze jako dziewczynka siedząca przed ekranem, poczułam, że ja też zawsze chciałam go mieć.

Nie chodziło mi o to, że jest ładny. Chodziło o to, co znaczył.

Bo „ Titanic” to dla mnie nigdy nie był tylko film o statku. To była historia o miłości, która nie zna granic. O odwadze, żeby pójść za sercem, nawet kiedy cały świat mówi „nie wolno”. O wspomnieniu, które zostaje z człowiekiem do końca życia, nawet kiedy wszystko inne już przeminęło.

I ten medalik był tego symbolem. Tego, że prawdziwe uczucia nie toną. Że zostają.

Przez lata wracałam do tego filmu. Za każdym razem płakałam w tych samych momentach i za każdym razem myślałam to samo: „Kiedyś będę miała takie serce”.


Kiedy założyłam go pierwszy raz, poczułam się jakoś inaczej. Tak, jakby spełniło się takie małe, ciche marzenie z dzieciństwa. Takie, o którym nikomu się nie mówi, Jakbym to ja była na prawdziwym Titaniku. Teraz noszę go blisko serca.
 

Na białym swetrze wygląda przepięknie, ale to nie o wygląd chodzi najbardziej. Chodzi o to uczucie. Że czasem marzenia naprawdę się spełniają — tylko trzeba na nie trochę poczekać. I może właśnie o tym jest ten naszyjnik. Że warto marzyć. Warto wierzyć. I warto czekać na swoje własne Serce Oceanu.

A Ty? Też miałaś takie marzenie z filmu, które do dziś nosisz w sercu?





piątek, listopada 06, 2026

 Sztuczna inteligencja coraz częściej pojawia się w świecie literatury, ale rzadko samodzielnie pisze „za” uznanych autorów. Zjawisko ma dwa oblicza: AI jest wykorzystywana jako narzędzie, a jednocześnie narasta panika moralna i przesadne doszukiwanie się śladów ChatGPT w każdym tekście.

Czy AI pisze za uznanych autorów?

Narzędzie, nie autor: Większość pisarzy i tłumaczy — jak pokazują badania brytyjskie i polskie — korzysta z AI przy zadaniach nietwórczych: burzy mózgów, researchu, streszczaniu tekstów, sprawdzaniu struktury czy przełamywaniu blokady twórczej.

Wsparcie warsztatowe: Zdarzają się nagradzane utwory, przy których powstaniu ChatGPT pomógł, na przykład przy części tekstu lub koncepcji. Autorzy otwarcie mówią o takim wsparciu, ale to ich pomysł i styl nadają dziełu wartość.
 
Kwestie prawne: Zgodnie z prawem w Polsce, UE i USA sztuczna inteligencja nie może być uznana za autora. Aby książka mogła być objęta ochroną praw autorskich, człowiek musi wnieść istotny, indywidualny wkład twórczy. Pojawiają się też inicjatywy takie jak certyfikat „Ludzkie autorstwo” (Human Authored), oferowany przez Amerykańską Gildię Autorów. Ma on pomóc odróżnić teksty napisane w całości przez ludzi od tych tworzonych przy wsparciu generatywnej AI.

Czy to my wszędzie doszukujemy się śladów ChataGPT?

 Nowa „panika moralna”: Jak zauważają publicyści, między innymi na łamach „Tygodnika Powszechnego”, doszliśmy do momentu, w którym AI irytuje nas tak bardzo, że zaczynamy dopatrywać się jej obecności nawet tam, gdzie jej nie ma.

 Niewiarygodne wykrywacze: Automatyczne narzędzia do rozpoznawania, czy tekst napisał człowiek, czy chatbot, często zawodzą. Zdarza im się mylić indywidualny styl pisarza z „algorytmiczną poprawnością”.

 Polowanie na czarownice: Poszukiwanie śladów AI stało się łatwym sposobem na zdyskredytowanie twórców, podważanie autentyczności literatury i wywoływanie niepotrzebnych sporów o styl.

 Jesień pachnie nie tylko deszczem. Czym pachnie moja jesień w Jastrzębiu?

Wszyscy mówią, że jesień pachnie deszczem i mokrymi liśćmi. I pachnie, nie powiem. Ale moja jesień w tym roku pachnie zupełnie inaczej.

Kupiłam świeczkę zapachową.. Stałam  w sklepie i wąchałam: wanilia? cynamon? jabłko z cynamonem? Wybrałam wanilię. Bo wanilia to zapach bezpieczeństwa. Wracasz ze sklepu, jest ciemno , a ty  wystraszyłaś się własnego cienia - jak ja wczoraj - a w domu zapalasz świeczkę i od razu jest cieplej. I już nie jest strasznie.

 A czym pachnie Wasza jesień?
Dajcie znać w komentarzach! Czy to cynamon? Pieczone jabłka? A może zapach nowej książki? Jestem ciekawa, czym pachnie Wasza jesień w tym roku.

Bo jesień wcale nie musi być nudna. Wystarczy zapalić jedną świeczkę. 

GRAFIKA AI