Ostatni poniedziałek na pewno zapadł w pamięć wielu z nas. Internet zalały zdjęcia zielonych i różowych smug na niebie. Ludzie wychodzili z domów, stawali na balkonach i z nadzieją wpatrywali się w górę.
Dla mnie ten wieczór był pełen emocji. Czekałam, sprawdzałam niebo z okna, próbując dostrzec choćby cień koloru. I rzeczywiście, coś jakby się pojawiło – delikatna poświata. Trudno powiedzieć, czy to była zorza, czy tylko odbicie miejskich świateł.
I tu pojawia się prawdziwy problem.
I tu pojawia się prawdziwy problem.
Zorza polarna w mieście bywa prawie niewidoczna. Latarnie, bloki i smog świetlny osłabiają jej blask. Gołym okiem często dostrzegamy jedynie jasną smugę lub lekkie rozjaśnienie nieba. Aparaty w telefonach potrafią uchwycić więcej niż nasze oczy. To sprawia, że wiele osób ma podobne odczucia. „Chyba coś widziałam”. „Może to była zorza”. „Nie mam pewności”.
Zorza nie zawsze wygląda tak, jak na zdjęciach z Islandii. Czasami jest subtelna, cicha, ledwo dostrzegalna. A mimo to robi ogromne wrażenie, bo wiesz, że patrzysz na coś, co dzieje się setki kilometrów nad Ziemią. Ten poniedziałek pokazał jedno: kosmos potrafi zapukać do naszego okna. Nawet jeśli nie zdążyłaś go zobaczyć wyraźnie, emocje pozostają. I to właśnie one sprawiają, że następnym razem znów spojrzysz w niebo.
Zorza polarna w Polsce jest naprawdę zachwycająca, ale potrafi być też niebezpieczna dla technologii.
Strumienie naładowanych cząstek z Słońca mogą zakłócać działanie GPS, Internetu, siec energetycznych i satelitów. Dla nas, ludzi, to spektakularne zjawisko pełne emocji, ale dla sprytnych maszyn to sygnały alarmowe,
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz