wtorek, kwietnia 14, 2026

Edukacja włączająca czy oszczędnościowa? Gdzie znikają godziny Twojego dziecka

Mamy w Polsce piękny termin: „edukacja włączająca”. Brzmi nowocześnie, godnie i sprawiedliwie. Ale pod tą lukrowaną fasadą kryje się brutalna rzeczywistość, którą roboczo nazywam edukacją oszczędnościową. Scenariusz wszędzie wygląda tak samo: jest dziecko z orzeczeniem, jest IPET, są jasne wytyczne, ile wsparcia potrzebuje uczeń, żeby w ogóle móc funkcjonować w klasie. I co? I z roku na rok tych godzin ubywa.

Kto zabiera wsparcie?

Zanim pójdziesz z awanturą do nauczyciela wspomagającego albo dyrektora, zatrzymaj się. To nie oni tną etaty. Szkoła tylko zgłasza zapotrzebowanie. Decyzja zapada w zaciszu gabinetów samorządowych. To tam, nad arkuszem w Excelu, urzędnik decyduje, czy Twoje dziecko dostanie 20 godzin wsparcia, czy może... pięć. Bo budżet musi się spiąć. Bo trzeba odnowić rynek, postawić nową fontannę albo zainwestować w promocję regionu, która świetnie wygląda na zdjęciach. A dziecko z SPE? Ono na zdjęciach promocyjnych „słabo się klika”.

Maszyna do szycia i praca ręczna

Zabranie godzin wspomagania dziecku, które ich potrzebuje, to jak zabranie krawcowej maszyny i kazanie jej szyć ręcznie jedwabną suknię w takim samym tempie. Nauczyciel przedmiot wiec zostaje sam z 25-osobową klasą. Ma tam uczniów zdolnych, uczniów z zagranicy, dzieci z problemami wychowawczymi i ucznia, któremu właśnie „zoptymalizowano” wsparcie. Ma indywidualizować pracę, dbać o wyniki z egzaminów i pilnować porządku. To nie jest praca – to partyzantka. Kiedy uczeń bez wsparcia zaczyna się nudzić, bo nie rozumie polecenia, zaczyna przeszkadzać. Kto jest wtedy winny?
Nauczyciel, bo „nie panuje nad klasą”?

Dziecko, bo „jest niegrzeczne”?
Szkoła, bo „źle uczy”?
Nie. Winny jest system, który uznał, że na potrzebach najsłabszych można najłatwiej zaoszczędzić.

Wstyd, Panie i Panowie Samorządowcy

Oszczędzanie na dzieciach podatników to po prostu wstyd. Możemy robić setki szkoleń dla kadry, pokazywać nowoczesne metody pracy i strategie włączające. Tylko po co, skoro nauczyciel ma 5 godzin w tygodniu na ich wdrożenie, a przez pozostałych 15 uczeń jest zostawiony sam sobie?
Przestańmy opowiadać dyrdymały o inkluzji, dopóki priorytetem są bratki na rondzie, a nie rzetelna realizacja orzeczeń.


A Ty? Sprawdzałeś już, ile godzin wsparcia faktycznie dostało Twoje dziecko w tym roku, a ile widnieje w zaleceniach?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz