poniedziałek, maja 11, 2026

 Dzisiaj chciałam pokazać Wam coś, co zajmuje mi ostatnio każdą wolną chwilę. To nie jest zwykłe rysowanie. To proces, który uczy pokory

Widzicie te małe punkty? Jeden, drugi, setny, tysięczny. Ta technika nazywa się dotwork, czyli kropkowanie. Tutaj nie ma drogi na skróty. Nie da się machnąć pędzlem i zamalować tła w sekundę. Każdy cień, każda linia i każda tekstura, którą tu widzicie, powstała z pojedynczych uderzeń.

Często pytacie mnie, po co tyle zachodu? 

Przecież to wymaga morderczej precyzji i niemal nadludzkiej cierpliwości. Odpowiedź jest prosta: dla tego efektu. Kropka daje głębię, której nie podrobi żadna inna technika. Tworzy coś organicznego, żywego, a jednocześnie niesamowicie surowego. Ale dla mnie to coś więcej niż technika. To rodzaj medytacji. Kiedy siadam do zamówienia, świat zewnętrzny przestaje istnieć. Liczy się tylko ten ułamek sekundy, w którym tusz dotyka papieru.

 W każdą taką pracę wkładam godziny swojego czasu, skupienia i – nie boję się tego powiedzieć – kawałek swojej duszy. Robię to na zamówienie, bo wierzę, że przedmioty, którymi się otaczamy, powinny mieć historię. A ta historia jest pisana powoli. 

Jeśli szukacie czegoś, co nie powstało na taśmie produkcyjnej, ale wyłoniło się z tysięcy uważnych ruchów ręki – to właśnie to.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz