Nie kupiłam tego naszyjnika w sklepie. Nie znalazłam go w modnej kolekcji ani na wystawie jubilerskiej. Zrobiłam go własnymi rękami. Siedziałam przy stole na warsztatach z żywicy. Wokół były barwniki, złote drobinki i cisza przerywana pytaniami: „A co ty chcesz stworzyć?”
I chyba wtedy pierwszy raz od dawna zrobiłam coś bez pośpiechu. Bez celu. Dla siebie. Patrzyłam, jak turkus miesza się ze złotem. Jak żywica powoli układa własną historię. Nie da się tego w pełni kontrolować. Możesz prowadzić kolor, ale on i tak zostawi po sobie coś nieprzewidywalnego.
Ten naszyjnik nie jest idealny. I właśnie dlatego go lubię. Ma w sobie ślady ręki, momentu, emocji. Nie wygląda jak tysiące identycznych dodatków z sieciówek. Kiedy dziś na niego patrzę, widzę coś więcej niż biżuterię. Widzę wieczór, w którym przypomniałam sobie, że tworzenie naprawdę uspokaja głowę.
Czasem człowiekowi nie potrzeba wielkich zmian. Wystarczy trochę koloru, złota kropla żywicy i chwila ciszy przy własnym stole. Mam również pierścionki tego typu. Jak ktoś chce - zapraszam do kontaktu

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz