Bohaterka tego wpisu chciała zostać anonimowa i ja w pełni szanuję jej prośbę.
Jak sama mi opowiedziała, jest osobą niepełnosprawną, tak jak ja. Chodzi na warsztaty. I to, co ją tam spotkało, to po prostu brak słów.
Weszła do sali jak zawsze - uśmiechnięta, gotowa na zajęcia. Dzień jak co dzień. Przy progu nauczycielka podaje kartkę do podpisu. I tylko jedno zdanie: "W tym miesiącu nic nie dostałaś".
50 złotych. Kieszonkowe. Niby nie majątek, ale dla nich to coś więcej. To taki mały znak, że jesteś, że należysz, że ktoś o Tobie pamięta.
Wszyscy dookoła się cieszyli, liczyli, planowali na co wydadzą. A ona? Ona usiadła. I choć na zewnątrz dalej się uśmiechała, w środku miała gonitwę myśli. Co takiego zrobiłam? Czym zawiniłam? Dlaczego ja nie? Zadawała sobie pytania, na które nikt nie dał jej odpowiedzi.
I wtedy podjęła decyzję - najpiękniejszą jaką mogła. Że nic i nikt nie popsuje jej humoru. Że nie da się złamać za 50 złotych. Do końca zajęć była uśmiechnięta. Z podniesioną głową.
A jak wróciła do domu, otworzyła swój mały, prywatny pamiętnik i wszystko to opisała. Bo czasem papier przyjmie więcej niż ludzie.
A Wy? Co byście zrobili w jej sytuacji?

Komentarze
Prześlij komentarz