Historia o nienagannym stylu, czarnym kocie i magii, która lubi płatać figle. Miasteczko Blackwood miało swoją specyfikę – w Halloween mgła unosiła się tam nieco wyżej niż zwykle, jakby chciała coś ukryć. Na głównej ulicy stał stary antykwariat z XIX wieku, prowadzony przez pana Juliana – człowieka, który rzadko się odzywał, ale zawsze nosił perfekcyjnie skrojony, czarny garnitur. Wszyscy w mieście wiedzieli, że Julian ma swojego towarzysza – kocura o imieniu Maurycy. Był tak czarny, że w ciemności można było dostrzec jedynie jego hipnotyzujące, szmaragdowe oczy. Miał w sobie coś niezwykle eleganckiego – poruszał się bezszelestnie, z dumą godną arystokraty, a jego futro lśniło, jakby utkane było z samej nocy. Tej konkretnej halloweenowej nocy, gdy w oknach antykwariatu paliły się tylko woskowe świece, do sklepu weszła zmarznięta dziewczyna, Klara. Szukała schronienia przed nagłą ulewą. Wejdź, usiądź przy ogniu – odezwał się Julian, podając jej filiżankę parującej herbaty z cynamon...
Blog Izabeli O dziennikarstwie, ludziach i małych radościach, które rozświetlają dzień.